Adrian Czajkowski, Guns of the Dawn (2015)

Guns-of-the-DawnRozważna i romantyczna w wietnamskiej dżungli

Adrian Czajkowski jest autorem dziesięciotomowego cyklu Shadows of the Apt – jednego z najlepszych wieloksięgów w militarnej czy epickiej fantasy ostatnich lat. Nowa książka, mimo że rozgrywająca się w rzeczywistości zupełnie odmiennej od świata Insect-Kinden i utrzymana w wyraźnie innym stylu, trzyma podobny, wysoki poziom i porusza zaskakująco zbliżone problemy.

Główną bohaterką Guns of the Dawn jest Emily Marshwick – szlachcianka z dobrego, choć zubożałego domu. Po samobójczej śmierci ojca Emily wraz ze starszą siostrą Marią zmuszone są do zajęcia się nie tylko swoim młodszym rodzeństwem, ale i całym majątkiem, składającym się głównie z długów nieżyjącego ojca. Mimo przeszkód idzie im to całkiem nieźle, dopóki sąsiednie państwo, Denlandia, nie wymordowuje swej panującej rodziny królewskiej i nie wprowadza ustroju republikańskiego, by potem ruszyć na ojczyznę Emily, Lascanne. W Lascanne nadal panuje monarcha, kuzyn zabitego króla Denlandii, nie dziwi więc, że żądni krwi Denlandczycy na wszelki wypadek chcą się pozbyć i jego. Nie bez znaczenia dla ich eksterminacyjnej determinacji jest też fakt, że tylko królewska krew może ze zwykłego obywatela stworzyć potężnego maga władającego ogniem.

Lascanne odpowiada na agresję i rusza do boju, powołując do wojska najpierw mężczyzn, potem chłopców i starców, by w końcu, z braku innych opcji, zaciągnąć również kobiety. Większość szlacheckich rodzin wysyła na kobiecy pobór służące. Jednak u Marshwicków to właśnie Emily, wprawdzie z oporami, ale odpowiada na wezwanie swego króla i dołącza do lascańskiej armii. Szkolenie w obozie treningowym jest krótkie i pobieżne, bo na froncie pilnie potrzeba świeżego mięsa. Emily wybiera front, na który wcześniej wysłano jej szwagra i brata: bagienne tereny nadmorskie, porośnięte niebezpieczną dżunglą. Tam nasza bohaterka dogłębnie pozna wszystkie znaczenia wojny.

Czajkowski należy do – rzadkiego nawet wśród pisarzy – gatunku gawędziarzy (storytellers). Muszę tu przyznać, że polski odpowiednik nie oddaje treści angielskiego słowa: storyteller to osoba posiadająca dar tworzenia fascynujących, barwnych historii, w których najważniejsze są nie tylko wydarzenia, ale i sposób, w jaki wpływają one na bohaterów. Historie takie, mimo że dotyczą nieraz całych światów i transformujących je wydarzeń, wciąż mają intymny charakter, gdyż opowiadane są z perspektywy jednostek. W tym sensie Homer był storytellerem :). Czajkowski może Homerem nie jest, ale posiadł sztukę opowiadania w stopniu godnym pozazdroszczenia.

Historia w Guns of the Dawn z początku wydaje się dość sztampowa: kobiet na wojnie było już wiele, żeby wspomnieć tu choć Pratchetta The Monstrous Regiment :). Trójkąt miłosny również jest przewidywalny, w ten sam sposób, w jaki przewidywalne są powieści Jane Austen. Duch Austen unosi się zresztą nad całą pierwszą częścią powieści – począwszy od epoki historycznej, w jakiej rozgrywają się wydarzenia. Okres Regency budzi w kulturze anglosaskiej niezrozumiały dla mnie sentyment. Wszystkie te muszkiety i czerwone kurtki, pierwsze pociągi i znikające powoli dawne, magnackie style życia tworzą obraz świata na chwilę przed wielkim przełomem technologicznym i społecznym. Emily jest sztandarową przedstawicielką tej nieco Austenowskiej rzeczywistości: niczym Elizabeth Bennet czy Eleonor Dashwood jest pragmatyczna do przesady, uparta i inteligentna, i niczym bohaterki Austen musi mierzyć się z cudzymi utrwalonymi przesądami, nieelastycznymi sposobami myślenia oraz ślepym przywiązaniem do tradycji. Sytuacja zmienia się jednak diametralnie w momencie, kiedy wraz z główną bohaterką docieramy na front.

Wtedy Austen znika, a Czajkowski triumfalnie wprowadza na scenę Pluton Stone’a, Full Metal Jacket Kubricka oraz Czas Apokalipsy Coppoli. Królewscy magowie niczym amerykańscy żołnierze z miotaczami ognia bezlitośnie podpalają przeciwników, tajemnicze budowle w dżungli są jakby żywcem przeniesione z lasów Kambodży, nawet obca rasa „indigenes” nasuwa skojarzenia z nieco bardziej zaawansowanymi technologicznie orangutanami (czyżby ukłon w stronę Planety Małp?). Idiotyczne decyzje przełożonych narażają na śmierć szeregowych żołnierzy, wywołując wśród nich niezadowolenie i brak zaufania, morale spada, pojawiają się różne animozje, napaści seksualne czy nawet fragging. Sami zaś Denlandczycy zaskakująco przypominają Wietnamczyków: niscy, drobni, ciemnowłosi, w szarych złachanych ubraniach, praktyczni do bólu i kompletnie nierozumiejący lascańskich zachowań – szczególnie zaś lascanskiego pojęcia honoru. Kiedy dowiadujemy się, że dowodzi nimi tajemniczy doktor Lam, wydaje się nam, że wiemy już wszystko. Ale Czajkowski ma dla nas jeszcze kilka niespodzianek…

Nie będę tu zdradzać żadnych tajemnic fabuły. Dość powiedzieć, że Denlandia pod koniec książki była dla mnie alternatywną wersją Collegium z Shadows of the Apt – ilustracją, co mogłoby się wydarzyć, gdyby doszło do połączenia niezwykłego potencjału wynalazczości i wiedzy technicznej ze strachem, ksenofobią oraz poznawczym zamknięciem. Rezultat niepokojąco zaczyna przypominać III Rzeszę.

Książkę Czajkowskiego czyta się szybko i z zaangażowaniem. 700-stronicową cegłę przeczytałam w dwa wieczory. Mimo pozornej schematyczności jest ciekawa, zawiera sporo dowcipnych aluzji i bezczelnych mrugnięć okiem, ale co najważniejsze – napisana jest świetnym stylem, łączącym pozornie przeciwstawne sobie światy: staroświeckie wyrażenia i przekonania rodem z epoki napoleońskiej z nowoczesnym rozumieniem wojny. Wolę cykl Shadows of the Apt, ale Guns of the Dawn wiele mu nie ustępuje: trzyma równy, wysoki poziom i jest po prostu bardzo dobrą książką.

Ocena: 9/10

Advertisements

2 thoughts on “Adrian Czajkowski, Guns of the Dawn (2015)

  1. Wow, co za interesująca książka, ciekawe, gdzie ją znalazłaś 😉

    Austen w Wietnamie brzmi awesome, Czajkowski to sprawdzony autor, pogłębiony komentarz – jak sam przeczytam.

    To co mnie w książce kusi, obok autora, to fakt, że nie jest częścią wielkiej serii. Wielotomowe sagi mają swój urok, ale jeden, skończony tom epickiej opowieści… można po niego sięgnąć bez obaw, że następną część autor będzie pisał przez dekadę, z nadzieją, że historia znajdzie swoje logiczne i satysfakcjonujące zakończenie… wielkie serie to skarb, ale coraz bardziej doceniam autorów, którzy potrafią się streszczać 🙂 Czytajmy stand-alone’y…

    Like

  2. Pingback: On lists or lack thereof | Re-enchantment Of The World

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s