Glen Cook, The Black Company: The Books of the North (1984–1985)

TheBlackCompanyGlen Cook to absolutny klasyk military fantasy. Według obeznanych z tematem, na przykład Stevena Eriksona, autora Malazan Book of the Fallen, Cook to właśnie ten koleś, którego należy obarczyć winą za grimdark. Nie jakieś Martiny czy Abercrombie, ale Cook: były żołnierz amerykańskiej marynarki wojennej, który przez pewien czas wspomagał 3rd Recon Marines, a na miesiąc przed wylotem swojej jednostki do Wietnamu zrezygnował z czynnej służby. Potem przez całe zawodowe życie pracował już w bardziej pokojowych rolach w General Motors, ale doświadczenie z wojska niewątpliwie uformowało go jako pisarza i wpłynęło w istotnym stopniu na całą jego twórczość. Najlepszym tego dowodem jest właśnie cykl The Black Company, liczący sobie dziś już 10 książek i, wedle słów autora, wciąż nie zakończony.

Ta recenzja dotyczy trzech pierwszych książek cyklu, znanych wspólnie jako The Books of the North, albo Chronicles of the Black Company: The Black Company, Shadows Linger i The White Rose. Książki stareńkie, tak stare jak co poniektórzy z nas, albo niewiele młodsze, ale – i tu wyrażę nadzieję, że z nami jest podobnie – wciąż na najwyższym poziomie. Historię armii najemników, znanej pod nazwą Czarnej Kompanii, poznajemy z perspektywy Croakera – głównego medyka i nieoficjalnego, czy też raczej pół-oficjalnego jej kronikarza. Croaker jest ciekawski. Niestrudzony w zadawaniu pytań, na które nikt nie zna odpowiedzi. Pełen wątpliwości. Podważa i kwestionuje to, co widzi, i to, czego widzieć nie może. Popełnia błędy, myli się w ocenach, puszcza wodze wyobraźni tam, gdzie powinien trzymać się faktów. Ma duszę niepoprawnego romantyka, nieustannie wodzoną na pokuszenie przez syrenie pieśni cynizmu. A zarazem wciąż próbuje być lepszy, a przynajmniej nie gorszy niż dotąd. Wszyscy inni najemnicy traktują go trochę jak młodszego brata, z którego można bezkarnie stroić sobie żarty, ale kiedy  zagrozi mu ktoś inny, bronią go do ostatniego tchu. W tych trzech pierwszych tomach cyklu Cooka Croaker niejako dorasta do samego siebie. Przy czym zupełnie nie jest to Bildungsroman – już na samym początku nasz bohater jest człowiekiem dojrzałym i uformowanym, zapewne w swych latach trzydziestych. Ale w kalejdoskopie wydarzeń wypełniających The Books of the North Croaker po prostu dogłębnie dowiaduje się, na co go stać i do jakich granic może się posunąć. Jednym zdaniem, to bohater niedoskonały, bliski każdemu czytelnikowi, któremu proste podziały moralne i dychotomiczne wizje świata już nie wystarczają.

Czarną Kompanię poznajemy w nienajlepszym dla niej momencie, kiedy przywiedziona do ostateczności, decyduje się na likwidację swego zleceniodawcy, aby pozbyć się niechcianego kontraktu. Taki czyn nie przynosi chluby żadnemu najemnikowi, a już szczególnie osławionej ostatniej najemnej armii z Khatovaru. Jednak to wydarzenie to dopiero początek stromej drogi w dół – Czarna Kompania musi bowiem stoczyć się na samo dno, aby potem móc jak Feniks odrodzić się z popiołów. Przyjęcie służby u wcielonego zła – mrocznej Pani i jej dziesięciu Pojmanych (Taken), powstałych z martwych po wielu wiekach, możemy chyba bez kontrowersji uznać za jeden z najbardziej wstydliwych momentów w dotychczasowej historii Kompanii.

Cechą szczególną prozy Cooka jest jednak to, że odrodzenie Czarnej Kompanii malowane jest w tej samej czarno-szarej palecie barw, wydarzeń i emocji, co jej upadek. Zło u Cooka prawie nigdy nie jest bowiem absolutne: ma swoje powody, racjonalizacje, wymówki, wdzięk – a gdy on zawodzi, nawet i przekonującą logikę. Podobnie dobro: czasem jest zwyczajne, jak bezmyślny odruch serca, innym razem to po prostu nic więcej, jak tylko mniejsze zło. Dobrzy stają się złymi, źli dobrymi. Mieszają się strony, wartości, zasady działania. Szczytne cele bywają realizowane przy pomocy grabieży, morderstwa, świętokradztwa i bezmyślnego okrucieństwa, a historię nieodmiennie piszą – i przekłamują – zwycięzcy. Innymi słowy, The Books of the North to sztandarowy przykład realistycznej, a nawet mrocznej military fantasy.

Przy tym wszystkim jednak Cook zachowuje dla swych bohaterów nie tylko współczucie czy zrozumienie, ale przede wszystkim sympatię. Życie armii najemników przedstawione jest realistycznie, lecz również ze sporą dawką – momentami bardzo potrzebnego – humoru. Towarzyszymy im w czasie wojen, okupacji, powstań i potyczek, w chwilach słabości i śmierci, w momentach śmiechu, grozy, porażek i triumfów. Patrzymy na świat ich oczami – szeregowych żołnierzy, trzeciorzędnych magów, zwykłych, słabych śmiertelników. I przede wszystkim dzięki temu Croaker, One-Eye, Goblin i Silent, Elmo, Raven, Darling, Lady oraz Captain i reszta bohaterów powieści Cooka stają się czytelnikowi zaskakująco bliscy. Mimo że – nie ukrywajmy – przewidywany czas życia najemnika jest bardzo krótki, a wszyscy wokół padają jak muchy.

Czytałam Cooka po Eriksonie, Abercrombiem i Czajkowskim, lecz zupełnie nie zepsuło mi to lektury. Być może niektóre wątki i rozwiązania, oryginalne czy wręcz wizjonerskie w latach osiemdziesiątych, należą teraz do kanonu gatunku, jednak proza Cooka i bez elementu zaskoczenia trzyma naprawdę wysoki, równy poziom. Język jest prosty, gęsty i emocjonalny, zaś sposób narracji wymaga od czytelnika sporej dawki uwagi i współpracy, ale i nagradza go za wytrwałość. I uwaga na koniec – w książkach Cooka epickiego rozmachu jest aż nadto, ale nie ma żadnych map :). Wizja świata wykreowanego przez autora ma, wedle jego słów, powstawać w głowie każdego czytelnika z osobna. A zatem – do roboty!

Ocena: tom I 9/10, tom II 9/10, tom III 10/10

Advertisements

12 thoughts on “Glen Cook, The Black Company: The Books of the North (1984–1985)

  1. O, a mnie się bardziej podobał pierwszy tom, niż drugi 🙂 Trzeci dopiero czytam, trzyma poziom, trudno mi go na razie ocenić w relacji do poprzednich. W drugim bardzo irytował mnie Shed, którego [spoiler alert]… pewnie byłoby t.I 9,5/10, t. II 8,5/10…
    Pierwszy tom wygrał u mnie skalą – military fantasy z bitwami i kampaniami z prawdziwego zdarzenia, drugi tak się nie wyróżniał, ale nadal był doskonały.
    Interesujące byłoby poznanie innych punktów widzenia. Zbiór opowiadań z POV obserwatorów, wrogów i ofiar Czarnej Kompanii… bo, jak na razie, widzę serię jako proto-Grimdark, a jej bohaterów mniej cynicznymi, niż chcieliby uchodzić, ale jedno jest pewne – przez ich dzieje prowadzi nas bardzo zaangażowany, nieobiektywny narrator.
    W połowie trzeciego tomu czekam, aż wiele rzeczy się wyjaśni, ale wiem już na pewno, że to doskonały cykl powieści. W przeciwieństwie do Shannary czy WoT w pełni zasługuje na miejsce w panteonie sławy fantasy.

    Like

  2. Nieobiektywność i ograniczoność perspektywy narratora to jeden z lepszych zabiegów literackich Cooka – poczynając od romantycznych fantazji Croakera na temat Lady, aż po epistolografię obecną w trzecim tomie – autor której pozostaje zresztą bardzo interesującą tajemnicą prawie do końca powieści 😀 Ja przynajmniej parę razy łapałam się nad zastanawianiem w stylu: “czy to on? czy nie on?” (nie będę zdradzać szczegółów ;))
    No i drugi, można powiedzieć że wręcz nieodzowny aspekt niemal każdej military fantasy, czy – szerzej – większości literatury wojennej – czyli braterstwo broni. Czarna Kompania dba o swoich – bo to jedyne, co tak naprawdę w życiu mają. O braterstwie broni można by napisać osobny post, więc może nie będę się tu rozpisywać 😉
    Ale tak – kroniki Czarnej Kompanii zasłużenie stały się klasyką inspirującą wciąż nowych twórców.

    Like

  3. Hmm, ja byłem trochę rozczarowany pod pewnym względem… ale tylko trochę… zobaczymy jeszcze, jak się dalej akcja potoczy, dobiłem do 2/3…

    Like

  4. Zanim usłyszałem, lub przeczytałem cokolwiek o „Czarnej Kompanii”, nieco zniechęciły mnie do niej okładki, które sugerowały mi raczej tanią rąbaninę sword & sorcery niż naprawdę dobre fantasy. Oprócz pozytywnych opinii, na zmianę mojej postawy wpłynęło poznanie dat powstania pierwszych tomów. Po pierwsze, w klasyce łatwiej mi zaakceptować pewne dziś już oklepane schematy, po drugie, nieporównywalnie bardziej cenię kulturę masową z lat 80-tych od współczesnej. Ale do rzeczy.
    Po przeczytaniu pierwszej części, w zasadzie zgadzam się z tezami zawartymi oraz refleksjami zawartymi w recenzji i generalnie pozytywną oceną książki. Dorzuciłbym jednak szczyptę krytycyzmu, w postaci dwóch minusów, na które zwróciłem uwagę w trakcie czytania:
    1) Przedstawiony świat zdaje się nie posiadać kultury: nie dowiadujemy się właściwie niczego o językach, tradycjach, stosunkach społecznych, systemach wartości itp. zamieszkujących go ludów. Jedynie trochę o samej Czarnej Kompanii, ale i tu raczej niewiele. Z drugiej strony, już lepiej, że autor w ogóle przemilczał te kwestie, niż miałby uwzględniać je w książce na siłę, w sposób sztuczny – bo to zazwyczaj wychodzi dużo gorzej.
    2) Nadmiar magii – absolutnie subiektywna opinia – po prostu nie lubię aż takiego natężenia magii w fantasy. Zbytnio sprzyja ono rozwiązaniom deus ex machina. Przez większość fabuły miałem wrażenie że lada chwila pojawi się któryś z Pojmanych (lub sama Lady) i swoimi czarami odwróci sytuację o 180 stopni – i czasem faktycznie tak się działo. Lubię nieprzewidywalność, ale nie tego rodzaju.

    Nie zmienia to faktu, że prędzej czy później sięgnę pewnie po kolejny tom.

    Moja ocena pierwszej części – 7/10 (Wasze 9/10 minus te dwie wady 🙂 )

    Like

    • Magia to kwestia gustu. Moim zdaniem jest całkiem ładnie wkomponowana w świat, oczywiście potrafi sporo namieszać, a potężny mag to odpowiednik głowicy jądrowej, ale to w końcu fantasy 🙂
      Z pierwszym zarzutem nie mogę się zgodzić, bo nasza ograniczona perspektywa wynika wprost z konstrukcji książki. Mamy do czynienia z kronikami Czarnej Kompanii, i narratora/autora nie wszystko interesuje. Ot, taki bardziej rozgarnięty najemnik piszący dziennik, dla siebie i znajomych. Z Ksenofonta też nie za wiele się dowiemy o mijanych przez Greków plemionach…
      Dla mnie ta forma to część uroku książki… dodatkowe opisy zepsułyby to wrażenie. Ale chętnie przeczytałbym osobną książkę, najlepiej, gdybyśmy mogli sięgnąć po rozbudowanego kompaniona w stylu opisu świata do rpg…

      Like

      • Ksenofonta niestety nie czytałem, ale np. Cezar opisywał zwyczaje bitych przez siebie Galów. Z opowieści kupców, których główny cel podróży też nie był poznawczy – np. Ibrahima ibn Jakuba czy Marco Polo – również można się nieco dowiedzieć o specyfice lokalnej. Nie chodzi mi jednak o specjalnie temu poświęcone opisy (w końcu Croaker to faktycznie bardziej żołdak niż intelektualista), a jedynie o tło – np. niektórzy z najemników mogliby przejawiać nietypowe, egzotyczne zachowania (tu mały plusik ze bębenki Tom-Toma), nazwy własne mogłyby mieć ciut więcej specyfiki lokalnej, narrator mógłby np. czasem zwrócić uwagę (choćby i z niechęcią) na dziwaczny wygląd, lub niezrozumiałe zachowanie miejscowych tubylców itp. – zwłaszcza, że jawi się raczej jako osoba skłonna do refleksji.
        Zaznaczam – nie chodzi mi o czynienie z tego głównej treści książki, która z założenia jest o czym innym, lecz bardziej o rodzaj dekoracji, której trochę mi brakuje.

        Like

  5. Nie zdążyłam przed Piotrkiem, więc teraz tylko podtrzymuję jego zdanie ;). Czytałam sporo książek opisujących wojnę w Wietnamie i Iraku z perspektywy biorących w niej udział żołnierzy – i z nich wszystkich przebija jeden sposób myślenia (o którym zresztą napisano już niemało socjologicznych, psychologicznych i filozoficznych prac), który przedstawię w uproszczeniu jako “jesteśmy my i są oni. Liczy się walka i okresy odpoczynku pomiędzy akcją, i nic poza tym. Nawet cel tej walki nie ma większego znaczenia”. Cook tutaj pisze z perspektywy członka Czarnej Kompanii, i moim zdaniem to główna przyczyna, dla której na pierwszy plan wysuwa się temat “braterstwa broni”. Gdyby opisów było znacząco więcej niż w drugim czy trzecim tomie (a tam jest ich nieco więcej niż w pierwszym) to “Kroniki” straciłyby dla mnie na wiarygodności. Croaker to nie kupiec, ani nawet nie wódz armii – to prosty (choć nie do końca ;)) żołnierz, który walczy o przetrwanie (przynajmniej na początku ;)).

    Like

  6. Pingback: Seasonal greetings and paladins (Elizabeth Moon, Sheepfarmer’s Daughter, 1988) | Re-enchantment Of The World

  7. Pingback: On lists or lack thereof | Re-enchantment Of The World

  8. Pingback: To be read, to be bought… | Re-enchantment Of The World

  9. Pingback: Jeff Salyards, Bloodsounder’s Arc – Scourge of the Betrayer (2012) and Veil of the Deserters (2014), International Edition | Re-enchantment Of The World

  10. Pingback: Ian C. Esslemont, Dancer’s Lament (2016) | Re-enchantment Of The World

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s