Nagroda Priapa

Nagroda Priapa Czyli dlaczego w fantastyce definicja kobiety wyzwolonej tak często zawiera komponent dzikiego seksu ze wszystkim, co się rusza.

Post Piotrka o Artesii był wprawdzie katalizatorem tego wpisu, ale powyższe pytanie zadaję sobie już od dawna. Fantastyka, jak zresztą i inne gatunki literackie, nie oszukujmy się, pełna jest przedmiotowych ujęć silnych kobiet. Jak to możliwe? Przecież to niemal oksymoron: „silna kobieta” jako przedmiot. Pewnie, jak zwykle, dużo zależy od przyjętej definicji. Kobieta silna wedle mojej definicji powinna mieć kilka bardzo konkretnych cech (kolejność nie ma znaczenia): inteligencję, wewnątrzsterowność, umiejętność podejmowania decyzji (nawet złych), samorządność, odpowiedzialność, zdolność do rozwoju i poznania samej siebie. Czasami do tego może skopać parę tyłków, ale nie jest to warunek konieczny ani tym bardziej wystarczający. Innymi słowy – na tak pojętą “siłę” składają się cechy nie mające absolutnie nic wspólnego z płcią. Płeć nie ma znaczenia – ważna jest osoba.

Tak czy inaczej, to wręcz zaprzeczenie przedmiotowego ujęcia kobiet, w którym traktowane są jako kukiełki rządzone instynktem, popędami i twardą ręką silnego mężczyzny. Problem w tym, że we współczesnej literaturze topos „silnej kobiety” stał się stereotypową formą, czy wręcz foremką, w którą wciska się wszystko: wystarczy, że kobieta jest np. silna fizycznie, była w wojsku, zna sztuki walki, uprawia „trash talk”, albo przynajmniej radośnie, bez zobowiązań i wielkiej wybredności uprawia nieokiełznany seks.  Żeby nie brzmieć jak stara babcia, wspominająca (lepsze) czasy swojej młodości – zdaję sobie sprawę, że przedmiotowe postrzeganie płci żeńskiej istniało w kulturze zapewne od tego samego momentu, w którym pojawił się topos „silnej kobiety”. Czyli od samego początku 🙂 No chyba, że przyjmiemy tę lekko spiskową teorię dziejów, mówiącą, że pierwotne ludy rolnicze jak jeden mąż wyznawały wiarę w Boginię Matkę, i dopiero potem hordy kapłanów monoteistycznych religii osiągnęły paternalistyczną hegemonię kulturową i z sukcesem wymazywały przez wieki wszystkie pozostałości tego kultu…

Cover_of_Thor_4-1Jednak mówiąc już poważniej, topos „silnej kobiety” jest popularny w literaturze fantasy od dobrych kilku dekad. „Grobowce Atuanu” Ursuli Le Guin z 1971 r. oraz feministyczna „Tehanu” z 1990 r. były jaskółkami tej wiosny. Od tego czasu silne (niekoniecznie w wymiarze fizycznym) kobiety zaczęły przejmować role pierwszoplanowe, stając się głównymi bohaterkami wielu książek: Mercy Thompson w cyklu Patricii Briggs, Mara of Acoma w trylogii Empire Raymonda Feista i Janny Wurst, Kate Daniels w serii Ilony Andrews, bohaterki powieści Robin Hobb czy wspominanych tu już Robin McKinley oraz Connie Willis… Można by długo wymieniać. Wydawałoby się, że czasy Conana Barbarzyńcy, za jednym zamachem wyzwalającego dziewice z niewoli i z przyczyn tej niewoli, nieodwołalnie minęły. Mamy przecież równouprawnienie, ostatnim komiksowym Thorem jest wszak kobieta ;), a nagrody Hugo, Nebula, Arthura Clarke’a i Locusa w zeszłym roku zgarnęła książka Ann Leckie „Ancillary Justice”, w której wszystkie postacie opisywane są przez zaimek „she”.

A jednak, a jednak, postrzeganie kobiety wyłącznie przez pryzmat tego, co da się zrobić z jej ciałem lub, w przypadku wykorzystania stereotypu silnej kobiety, co sama jest skłonna z nim zrobić, jest wciąż rozpowszechnione. Szczytowym osiągnięciem tego nurtu porno fantasy jest według mnie cykl „Achaja” Andrzeja Ziemiańskiego (ale przyznaję, że nie mam tu doświadczenia). Cykl z początku lat dwutysięcznych, bardzo popularny, dostał kilka branżowych nagród i nominacji, ostatnio został przypomniany na nowo, bo pojawił się jakiś kolejny tom. Gdybym miała przyznawać nagrodę dla najgorszej szowinistycznej świni (nazwijmy ją Nagrodą Priapa, żeby nikt nie poczuł się urażony), Ziemiański wygrałby w przedbiegach. Historia księżniczki upokarzanej seksualnie przez swoją macochę, torturowanej w intymnych miejscach, wysłanej do wojskowej kompanii złożonej z samych pieszczotliwie nastawionych do siebie żołnierek, sprzedanej w niewolę, w której jej głównym zajęciem staje się dawanie d… (ale to nie szkodzi, bo przecież i tak nic tam nie czuje) a po wyjściu z niewoli zamienionej w luksusową prostytutkę… ciągnie się przez cztery długie tomy. Szczegółowe opisy przygód Achai przerywane są głębokimi wynurzeniami autora na temat życia i świata, które mają chyba usprawiedliwiać tę wstydliwą – i wątpliwą – przyjemność czytania.

Postrzeganie kobiet jako istot ograniczonych, jednowymiarowych i nie do końca normalnych nie jest jednak wyłączną domeną Ziemiańskiego. Nawet Martin w swoim cyklu „Pieśni lodu i ognia” nie ustrzegł się przed tą pułapką. Wśród postaci żeńskich w jego książkach nie ma właściwie ani jednej, która nie wpadałaby w którąś z trzech kategorii: zimna suka, traktująca seks jako narzędzie zdobycia władzy, słodka laleczka, przypominająca konstrukcją emocjonalną zdobycze Conana, wreszcie psychopatka, emocjonalnie upośledzona przez przeżyte (znane nam lub nie) traumy. Skomplikowane, niejednoznaczne charaktery zarezerwowane są dla mężczyzn: Jaimie i Tyrion Lannisterowie, Varys, Littlefinger… Swoją drogą, ciekawa jestem, w którą z tych żeńskich kategorii wpadłaby Lyanna, gdyby jeszcze żyła. Chyba należy się cieszyć, że została utrupiona jeszcze przed wydarzeniami „Gry o tron” 😛 Banalny seksizm? Proszę bardzo: Martin, zapytany na jednym ze spotkań, z którą z postaci ze swojego cyklu chciałby zjeść kolację, odpowiedział, że z Daenerys. Dlaczego? Bo nosi sukienki, w których piersi są odkryte (face palm).

W dobie nieustannych i krwawych konfliktów narodowych, etnicznych, religijnych i rasowych seksizm wydaje się naprawdę niewielkim i niezbyt groźnym problemem. Jednak istnieje, w ukryciu czy na widoku, i poprzez swoją masowość i banalność wpływa na wzorce i normy zachowań. Czerpiemy je bowiem z kultury, w której się wychowujemy – w tym również z książek. Być może nie ma nic złego w tym, że Cersei Lannister faktycznie rozkłada nogi przed wszystkim, co się rusza i coś trochę przypomina Jamiego (jak na razie), ale porównując postać Martina z jej historycznym oryginałem, odkrywam, że zostałam z czegoś ograbiona. Z charakteru! Motywacji! Wielowymiarowości! I ten brak, ta karykatura, jest dziś transmitowana i rozpowszechniana na cały świat. Resztki Margaret d’Anjou przewracają się w grobie (czy raczej tam, gdzie wywalili je francuscy rewolucjoniści).

Co gorsza, nie tylko mężczyźni tworzą postaci kobiece, których graficzny odpowiednik wygląda tak: idealna_kobieta_2

Niezłym przykładem, o którym więcej może opowiedzieć Piotrek, jest Laurell K. Hamilton, twórczyni cyklu o Anicie Blake. W największym skrócie: główna bohaterka, kobieta silna, ładna i inteligentna, na przestrzeni ponad 20 książek cyklu staje się maszyną do uprawiania seksu wszędzie i ze wszystkimi, bo tylko w ten sposób uzyskuje swoją szczególną moc (zszokowani byli fani wspominają w recenzjach sceny seksu z nieletnim i duszenia).

Lecz zanim zapłaczę się do reszty nad stanem współczesnej fantastyki, w której pornografia rozpycha się łokciami i kolanami, i zajmuje coraz więcej miejsca, wspomnijmy autorów i książki idące pod prąd tego nurtu. W „Malazan Book of the Fallen” armia jest obupłciowa. Albo wręcz bezpłciowa. Płeć bowiem nie odgrywa w niej żadnej roli, liczy się wyłącznie kompetencja. Wszyscy dowódcy obdarzani są tytułem „sir”, kobiety mają równie skomplikowane charaktery jak mężczyźni, podejmują równie trudne decyzje, wręcz (pomijając przypadki porodów) można by głównym bohaterom swobodnie zmieniać płeć i nie miałoby to żadnego znaczenia dla ich działań. Podobnie w „Shadows of the Apt” Czajkowskiego – poznajemy tam silnych mężczyzn i silne kobiety, mądrych mężczyzn i mądre kobiety, głupich i wrednych mężczyzn i takie same kobiety. Wszystkie postaci są dopracowane,, wiarygodne emocjonalnie, podejmują uzasadnione (w obrębie logiki książki) decyzje. Są nawet postaci zmieniające płeć 😉  Da się kobietę przedstawić jak(o) człowieka? Da się! I tylko o to proszę.

Tak dramatyczny wpis powinnam zakończyć jakimś apelem 😛 Ale zamiast apelu będzie przypomnienie dwóch nieco już wyświechtanych prawd (w tym jednej podważonej przez Pratchetta, ale co tam): pióro jest ostrzejsze od miecza & …with great power comes great responsibility (swoją drogą, dlaczego Stan Lee nadal uważany jest za autora tego stwierdzenia? Biedny Wolter…) ;). Odpowiedzialność za słowo powinna być obowiązkiem nas wszystkich.

Advertisements

7 thoughts on “Nagroda Priapa

  1. To o tyle ciekawe, że do przeczytania cyklu o Achaji namawia mnie od dłuższego czasu pewna bardzo bliska mi osoba płci żeńskiej – co tylko potwierdza prawdę o zróżnicowaniu i nieszablonowości kobiecych postaw 😉

    “(…) wręcz (pomijając przypadki porodów) można by głównym bohaterom swobodnie zmieniać płeć i nie miałoby to żadnego znaczenia dla ich działań” – to akurat dla mnie antyreklama książki. Całkowite ignorowanie uwarunkowań biologicznych zależnych od płci uważam za taki sam błąd, jak absolutny determinizm w tym zakresie. To podobnie jakby całkowicie ignorować wiek postaci – w rzeczywistości nie determinuje on działań, ale jakiś wpływ ma. Chyba, że brak różnic biologicznych między płciami jest z góry założoną cechą danego świata fantasy/science fiction.

    Like

    • Czuję się w obowiązku bronić Eriksona 😉 i doprecyzować swoją myśl: cechy biologiczne typu płci, wieku i rasy są zaznaczone w Malazan Book of the Fallen – z pewnymi wyjątkami (np. Felisin) mają jednak trzeciorzędne znaczenie dla charakteru postaci czy procesu podejmowania przez nie decyzji. Poziom inteligencji, zdolności do rozwoju, samostanowienia, odpowiedzialności czy szeregu innych cech nie zależy od płci, również w naszej rzeczywistości. A świat Eriksona jest szczególny, bo poznajemy go przez pryzmat wojny – sytuacji granicznej, wyjątkowej. W tego typu sytuacjach płeć staje się mało istotnym czynnikiem, czego dowodów mamy pełno w literaturze wojennej 🙂

      Like

  2. Ok, więc tak:

    1) Hamilton zaczyna swój cykl bardzo niewinnie (i 7 lat przed Butcherem!). Urban fantasy w stylu noir, z główną bohaterką silną (emocjonalnie i intelektualnie, choć powalczyć też potrafi) i dowcipną, wciągającym nadnaturalnym światem St. Lous. I pierwsze kilka tomów konsekwentnie trzyma poziom. Dotarłem chyba do 5-6, bo zaczęła się przemiana z urban fantasy w paranormal porn, a w necie pełno było ostrzeżeń, że będzie coraz gorzej. Teraz mamy 20-kilka tomów i, podobno, faktycznie jest coraz gorzej. Ale na pewno nie wiem, bo dalej nie czytam :>

    2) Artesia… heh, rzecz w tym, że Arteisa-postać ma “inteligencję, wewnątrzsterowność, umiejętność podejmowania decyzji (nawet złych), samorządność, odpowiedzialność, zdolność do rozwoju i poznania samej siebie”. Choć potrafi skopać parę tyłków, o wiele ważniejsza jest jako przywódczyni i dowódca. Seksu jest sporo, ale nie to decyduje o sukcesach bohaterki. Serio. Dlatego do czytania wróciłem i czekam na dalszy ciąg.

    Poza tym… w zasadzie się zgadzam. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem genderowej dekonstrukcji takiego Tolkiena, ale współcześni twórcy prozy gatunkowej powinni respektować współczesne normy. Nawet kobieta żyjąca w mocno patriarchalnym społeczeństwie może być silną postacią, w przyjętym tu rozumieniu. Ale nie rażą mnie też Hobb czy Erikson i realia, w których kobiety są żołnierkami i oficerami z równym powodzeniem jak mężczyźni. Nawet, jeśli można przyjąć, że różnice w masie mięśniowej są podobne jak u nas. W literaturze rozrywkowej, nawet ambitnej, nie chodzi o realistyczne przedstawienie biologiczno-historycznych para-średniowiecznych realiów.

    A w świecie magii… tutaj płeć nie przekłada się na siłę. Stereotypowo kobiety i mężczyźni często posługują się inną magią, co doskonale sparodiował Pratchett (a czego on doskonale nie sparodiował?) w “Equal Rites”. Ale tak być nie musi, co doskonale widać u Rowling…

    Przede zaś wszystkim… nastoletni entuzjaści literatury fantasy dorastają, dorabiają się jeśli nie córek, to chociażby siostrzenic, które powinny odkrywać fascynujący świat fantasy, nie będą tu miały wiele wyboru, ale niech to nie będą książki wtłaczające je w różne nieciekawe stereotypy. Niech to księżniczka czasem uratuje księcia albo zaprzyjaźni się ze smokiem, zamiast biernie czekać na ratunek. Niech elficka narzeczona powracającego króla weźmie aktywny udział w jego przygodach (ale w oryginalnym scenariuszu, świętości nie targać).

    Like

  3. Ja z kolei preferuję gdy te quasi-średniowieczne czy quasi-starożytne realia trzymają się pewnego realizmu w ramach przedstawionego świata, który oprócz różnic podyktowanych np. obecnością magii i istot fantastycznych jest podobny do naszego. Każda wyraźna różnica powinna być jak dla mnie podyktowana właśnie obecnością tych czy innych elementów fantastycznych. Stąd, na przykład, razi mnie nachalne wciskanie do współczesnej literatury fantasy “Xen – księżniczych wojowniczek” 😉 w różnym wydaniu (co nie znaczy, że wojująca kobieta przeszkadza mi jako taka – chodzi o zachowanie pewnej proporcji), natomiast w ogóle nie przeszkadza mi obecność potężnych czarodziejek, czy też genialnych władczyń.

    A co do pełnienia przez literaturę takiej czy innej funkcji społecznej – zasadniczo nie tego w niej szukam i gdy czyni to zbyt nachalnie, wręcz ją to dla mnie dyskwalifikuje. I nie uważam by twórcy mieli w ogóle obowiązek przestrzegania norm obowiązujących w danej epoce – powinni raczej iść im pod prąd. Oczywiście jeśli nie służy to wyłącznie szokowaniu (w przypadku literatury fantasy jako przykład takiej skrajności podałbym cykl o inkwizytorze Piekary, którego skądinąd czytało mi się kiedyś całkiem przyjemnie).

    Like

    • Och, najlepsza literatura (w tym rozrywkowa) zawsze jest czymś więcej niż tylko opowieścią. Byleby subtelnie. O społecznej funkcji literatury myślał Tolkien, przed nim XIX-wieczni powieściopisarze, a później zarówno Bloom jak i Orwell (czyt. – i prawica, i lewica). Jeśli można pisać świetne powieści o tym, jak zły jest komunizm, można i o równouprawnieniu.
      W kiepskiej fantasy, do której zaliczam m.in. “Xenę”, razi mnie mnóstwo rzeczy. Genderowa wersja akcji afirmatywnej – również, jeśli wali po oczach. Ale psychologicznie realistyczny świat, w którym trochę więcej kobiet macha mieczem niż statystycznie miałoby do tego siłę… bez przesady.
      Fantasy pisana w naszych czasach i naszej kulturze to literatura rozrywkowa dla względnie masowego odbiorcy. Niech przedstawia świat, w którym łatwo się odnaleźć współczesnym czytelnikom i czytelniczkom alike.
      A oprócz tego niech będą i bardziej historycznie realistyczne powieści, z postaciami kobiecymi aktywnymi, wielowymiarowymi, nawet jeśli pełnią bardziej tradycyjne role. I dla jednych, i dla drugich, jest miejsce.
      Najgorsza jest literatura traktująca kobiety jako maskotki dla tryskających testosteronem bohaterów.

      Like

      • Mnie w sumie najbardziej razi “literatura”, i nie tylko, która swoich postaci nie traktuje jak osoby, obojętnie jakiej płci, tylko jak szablony wypełnione stereotypami. Post napisałam o seksizmie dotyczącym kobiet, bo jest bardziej powszechny – ale uprzedmiotowienie męskich postaci również się zdarza, i to zapewne coraz częściej (taki skutek uboczny równouprawnienia ;)) A czy dużo kobiet ma siłę machać mieczem – fajny komentarz do tego proponuje Czajkowski w najnowszej książce (Piotrek wysunął ten argument w odniesieniu do magii) – muszkiet, i generalnie broń palna, likwidują różnice biologiczne: nie ma znaczenia siła czy zasięg ramion, liczy się tylko umiejętność wycelowania i naciśnięcia spustu 😉 Oto równouprawnienie w nowoczesnym świecie 😛

        Like

  4. Pingback: 8 III Tolkien link | Re-enchantment Of The World

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s